/Jakaś postać przekrada się chyłkiem, by paść na kolana przed czym w
rodzaju drewnianej gilotyny. Przykłada głowę przez otwór i zaczyna głono
krzyczeć/
W Obronie Ojca i Syna i Ducha Czarnego. Zamęt!
Zgrzeszyłem przeciwko Tobie, o Wielki Konfesorze.
Nie posłuchałem Twoich złych rad i wybrałem prostą drogę do śmierci
niewiecznej.
Zwątpiłem też w Twoje wygłupy i nie przestrzegałem Twoich dziewięciu
zakazań.
Przeciwko trzem zgrzeszyłem najciężej:
"Alołn" pozostawiłem w samotności, w lewym oczodole bestyji, bez jakiejkolwiek
pomocy z wewnątrz;
"Condejmt" skazałem na powolne konanie wśród ocenzurowanych płatów
czołowych mózgu Waszej Ciemności;
zaś "Safa" okaleczyłem w tak wyrafinowany sposób, iż nie mogło połączyć
swych tworów w jedno, nawet przy pomocy kleju "Glutamix". Stąd katusze,
jakie przeżywało, wypalały trzewia delikatniej, niźli katiusze.
Tyle grzechów wagi superciężkiej.
Zwątpiłem również w Waszą moc, obiektyw i zwyrodnienie, przez co dane
mi było poznać Twój gniew, o Wielki Konfesorze! Atak "Irejkea", który wysłałeś
na mnie listem poleconym lotniczym (nota bene spóźnionym o 6 obrotów planety
Lunatyk) pozwolił mi zwątpićwe wszystko, czego nie znałem lub nie chciałem
znać.
Nie przyjąłem też do swego ogródka pięciu Apostołów, którym dałeś na
przedimię: Skot, Brajan, Iwan, Kary i Stfen.
Co gorsza - poszcułem ich wypchaną gumową kaczką o imieniu "MekDonalds"
- symbolem oszusty, wiedliwości i amania.
Tak, wiem o Wielki Konfesorze, że nie minie mnie nagroda - skazanie
na życie tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden lat w tym nieziemskim
padole.
Raduję się z tego bardzo, nie wierząc, że mi kiedyś wybaczysz.
Jestem tylko dziurawym butem, obdartym z zelówki i pozbawionym
możliwości nawiązania sznurówek z innymi braćmi.
Więcej grzechów pamiętam, ale ich nie ukryję pod maską.
Proszę więc Cię - Wielki Konfesorze - o skazanie, potem o potępienie
wieczne, następnie o rozpuszczenie choćby części grzechów... a wreszcie
o porutę!
/Słychać puk, puk, puk, puk, puk, puk w konfesyjne czoło Wielkiego
Konfesora/