Równo na dzień przed zejściem trupów z podziemia, czyli jedenastego piździernika, SiMajkel - północny badacz czasu rozpadu wnętrzności w zależności od wielkości szpar międzyzębowych - podzielił się swym ciałem ze wszystkimi potrzebującymi i spragnionymi czarnych zmyśli.
Jego długooczekiwane dzieło, wydane rozkrok wcześniej w formie księgi pieczystej pod nadtytułem "Doułs Hu Keres We Pejl", przez lokalnego tłucznia liter bezprawia Enszjent Lor Kriejszyns, trafiła w lepkie łapska smakoszów mroku w kroku, wzbudzając pożądanie, zazdrość i medycynę u nieumiejących czytać z dołu do góry w defensywie.
Lament, jaki wydostał się z otworów gębowych, nie mogących dostąpić
mrocznych wyziewów księgi, spowodował znierównanie z ziemią pracowni tłocznia
i potrzebę wyżucia się w pobliskich krzaczorach.
Słysząc donośne wołanie o strawę duchową, na przeciw wybiegła brutyjska
tłucznia włóczni sztucznych Myzanfropy, podpisując cyrograf z SiMajkelem
i rozdając śnięte obrazki klęczącemu u stóp ludowi Ł-ropy zachłodniej,
śrutkowej, spółknocnej i południowej.
"Rytyn Yn Łoters" - taki ohydny tytuł nosi nowe dzieło wspomnianego
zgniłka.
Zawiera w sobie to, czego lud olany poszukiwał od lat:
- muzykę klasyczną, pełną obojów, opojów, zarzynanych gitar, pierdzących
basów i fletasów;
- nierytmiczność i niemelodyjność, takpotrzebną przy leczeniu chorych
na chorobę chorego wita;
- melodeklamację, melorecytację, kreację, stagnację, reakcję i prokreację;
oraz blek metl naszych dziadów pradziadów, nucących bezboże pieśni
przy świetle księżyca w czasach, gdy żuło się krowie jelita zamiast sproszkowanego
świńskiego zęba.