ANASARCA
Godmachine
Repulse/Novum Vox Mortis
Stąpałam po wilgotnej trawie razem z innymi siostrami,
nucąc "Ave Maria" ku radości naszej przeoryszy, która - jak zwykle - prowadziła
nas do kaplicy na poranne modlitwy. Świergot ptaków, ciepłe jesienne promienie
słońca winny doskonale usposabiać, jednak ja nie mogłam się skupić i trwać
w pokorze. Wszystko we mnie drgało i kotłowało się, jakbym zjadła coś niedozwolonego
z kuchennych zapasów. Z niemałym trudem powstrzymywałam, chętne do opuszczenia
moich rurek, wiaterki. W dodatku podrygujące bochenki przeoryszy tak napinały
przyciasny habit, że trudno było tego nie zauważyć. Jednak tylko ja nie
spłoniłam się i nie spuściłam wzroku, jak kiedyś.
Ja jej...
Byłam czysta i bogobojna od momentu, kiedy mamusia przysłała mnie tu.
Moją nową matką została więc przeorysza, Marynia, jak ją w duszy nazywałam.
Była pulchniutka, jak maminy pączek. Pachnąca potem, błyszczącym na jej
wąsikach pod zadartym noskiem, pod pachami i tam niżej. Uwielbiałam klęczeć
za nią podczas nabożeństw i wychwytywać te i inne zapachy, często drażniące
przetrawionym starym mięsem, ziołami, winem i czymś ostrym, czego nie rozpoznawałam.
Ona chyba wiedziała, że jest dla mnie kimś więcej, niż przełożoną. Nie
wiem skąd, bo przecież Ojciec nie mógł złamać tajemnicy spowiedzi, do której
chodziłam codziennie. Zawsze witał mnie uśmiechem przez kratkę i pytał
o takie tam. Z kim i o czym rozmawiałam, co myślę o Nim i o przeoryszy,
jak minął wieczór i poprzednia noc. Lubił słuchać, gdy opowiadałam, jak
przygotowuję się do snu, myję się i nacieram oliwką całe ciało. Ostatnio
prosił, bym opowiadała mu swoje sny. Wydawało mi się, że jest innym człowiekiem,
kiedy ze wstydem zdradzam mu swoje najgłębsze sekrety. Z dziwnym błyskiem
w oczach i złotym zębie tłumaczył mi, co kryje się pod pełnymi wyuzdania,
grzesznych pokus, nieznanych mi żądz połączonych z obecnością bestii i
jej sług, szatańskimi zakusami na moją dziewiczą duszę. Gdy w podzięce
chciałam pocałować jego rękę, zawsze przesuwał ją z kolan wyżej tak, że
kiedy już miałam całować, wyszarpywał ją, a moje usta wpadały w jego dziwnie
pachnący, mroczny trójkąt. Zamiast modlitwy zaczął mi zadawać - jako pokutę
- pokorne wielogodzinne leżenie na brzuchu na betonowej posadzce z rozłożonymi
- w geście pojednania - rękami i nogami. Nago.
Zawsze, gdy tak pokorniałam, wydawało mi się, że bóg patrzy na mnie,
szepce coś. Miałam wtedy uczucie, że powietrze gęstnieje wokół mnie, rusza
się, muska moje nogi, wstydliwe miejsca, plecy i szyję, bawi włosami, wreszcie
skrapla się, pokrywając moją skórę kleistą wilgocią. Po chwili wstawałam,
myłam się i zasypiałam całkowicie zrelaksowana i oddana Panu.
Wczoraj było podobnie. Zasnęłam, jednak usłyszałam skrzypnięcie otwieranych
drzwi do mojej celi. Nikt obcy przecież nie ma do nich klucza. Poczułam
woń gaszonych świec. Ktoś wolno zsuwał sukno z mego ciała. Czułam, jak
frędzelki przesuwają się po moich jabłuszkach, stwórczym dołeczku, wichrowym
lasku, gałązkach i fuskach. Zadrżałam, jednak oczu nie otworzyłam. Coś
zimnego i mokrego ślizgało się po mnie w górę, ale zaraz przestało.
Ktoś szepnął: "Chodź", schwycił mnie pod ramiona i pomógł wstać. Ktoś
inny otworzył drzwi.
Krwawe światło wdarło się pod powieki i rozlało po ciele i korytarzu.
Ruszyłam za postacią odzianą w czarny habit, druga szła za mną. Weszliśmy
do przepięknie wystrojonej sali, w której nigdy wcześniej nie byłam. Mnóstwo
świec dawało cudowny blask, odbijający się od kolorowych szkieł, igrający
po meblach i płótnach.
Nagle wszystkie obrazy przedstawiające naszych patronów i obrońców
wiary zaczęły płonąć czarno-czerwonym ogniem. Zdawały się wołać o pomoc,
trzeszcząc i sycząc w niebogłosy. Natomiast główny ołtarz, stojący pośrodku,
nasiąkał krwią. Lała się z bluźnierczo odwróconego symbolu naszej wiary,
z którego zwisały jeszcze kawałki rąk i nóg postaci wiszącej niegdyś na
nim.
Chciałam krzyczeć, sprzeciwić się. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie
choćby jęku. Wydałam go natomiast zaraz po tym, jak oni zrzucili okrycia.
Ujrzałam piekielne bestie o nieludzkich głowach, których ślepia przewiercały
moje nagie ciało na wylot. Zwierzęce owłosienie, kończyny i masywne ogony
przykuwały z kolei mój wzrok.
Ona wskazała na ołtarz. Potulna, jak baranka, położyłam się na nim,
poczerniałym od krzepnącej krwi. Z przerażeniem zobaczyłam, jak on dobywa
i trzyma w ręce czarnego węża. Żywego, o lodowatych ślepiach, wychodzącego
spomiędzy jego nóg! Ona dopadła go chciwie, pieszcząc z namaszczeniem jego
dwa jajowate wola, zwisające poniżej. Mówiła do niego pieszczotliwym tonem,
ciągle miętosząc, aż podstawiony kielich wypełnił się treścią jego arterii
- ropą błękitną. Upiła łapczywie trochę, a resztę - z wyraźną niechęcią
- wylała na mnie.
Oboje dopadli mego ciała, bezwstydnie rozwarli nogi, ukazując niewinną
muszelkę i smrodkę. Jego wąż natychmiast wsunął się w moją jamkę. Poczułam,
że coś pękło, a nieopisana błogość zwilgotniła mnie w środku. Fala gorąca
buchająca od ich ciał, koźla woń rozpływająca się w powietrzu pobudziła
moje biodra do ruchu, wnętrze do skurczów, gardło do szlochu, a dłonie
do piąstkowania.
Nie pamiętam, kiedy wąż opuścił moją rozdziewiczoną muszelkę, bo zaraz
potem wepchnął się niżej.
Ooooh! Czułam, jak wypełnia moje ciało, drąży w nim korytarze, kręci
zakręty, przebija zwieracze rozkoszy, poi się sokami żołądkowymi, by zaprzeć
mi dech, wyskoczyć ustami i... wbić się w Jej krzaczastą grotę, rozpościerającą
się nad moją głową. A Ona, kręcąc zadem nade mną, nie przestawała bawić
się swoim z Jego językiem. Gdy coś słodkiego chlusnęło z Jej wnętrza -
zemdlałam.
... Ja jej pożądałam! Zbliżyłam się do przeoryszy na niedozwoloną odległość.
Nie mogłam oderwać wzroku od trzęsących się bochnów i czegoś, co mogło
być tylko pionową fałdą na materiale, ale, co mogło być też... Serce zabiło
gwałtowniej, ciało przeszedł dreszcz, poczułam, jak coś wilgotnego spływa
mi po udach.
Schwyciłam mocno jej potężny tyłek w dłonie. Odruchowo wyrwała się
przerażona, rozrywając habit. A ja się wściekłam. Ona pod spodem nie miała
nic, tylko jakieś pieprzone czarne pończochy, podpięte do pasa ściskającego
czerwone majtki z wycięciem w kroczu.
/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - Morbid Noizz nr 5/1998/