BATTLELUST
Of Battle And Ancient Warcraft
Hammerheart





Chrzęst zbroi i broni, tętent kopyt i złowrogi śpiew stawał się coraz wyraźniejszy.
On przeżegnał się, spojrzał w dół i pochylił gwałtownie do przodu. Niechybnie spadłby i roztrzaskał głowę o skały, gdyby nie profesjonalnie spleciony sznur, którego pętla zdusiła szyję, dając gardłu możliwość wydania tylko jednego krótkiegio jęku. Dyndając ciało księdza zwiotczało, mokra śmierdząca plama pojawiła się na sutannie w miejscach, o których myśleć nie można było bez grzechu. Jego oczy wytrzeszczały się w horyzont, na którego zachodzie tumanił się barbarzyński i pogański motłoch...

... A oni byli wściekli na wszystko i wszystkich.
Kolejny dzień jazdy i marszu bezbożych hord, a sytuacja ciągle tak samo popieprzona.
I to tak od początku, od momentu, kiedy wtargnęli na ziemie zamieszkałe przez pobożne chrześcijańskie narody nic nie układało się po ich myśli.
No bo jak długo można znosić cierpliwie widok kolejnej wsi, mieściny, kolejnego miasta przyobleczonego czernią, z kałużami, z jeziorami krwi pośrodku, ze stosem odpadków i resztek i pijanymi dziewczynami i kobietami z cyckami i piczami na wierzchu, biegającymi i rzucającymi się na nich. To po prostu nie mieściło się w głowie, nawet im!
Matki i córki mordowały w trwodze swoich mężów, synów, ojców, braci, dziadów, a i stare baby też. W malignie zjadały ich ciała a kości i czaszki zakopywały, flaki rzucając zwierzętom. Paliły na stosie duchownych, którzy nie byli w stanie sami sobie wymierzyć kary, a którym się wydawało, że wystarczy przyczepić odwrotnie krzyż do łańcuszka, by dalej wszystko było, jak kiedyś.
Truchlejąc ze strachu burzyły świątynie jedynie dotąd słusznych kultów, równały z ziemią - dygocąc z obawy - cmentarze. Dbały, by ani jeden symbol wiary ich przodków nie pozostał nie zbeszczeszczony. W chaosie przygotowywały swoje domostwa na przyjęcie Zła. W panice kąpały się we krwi swych niedawnych przyjaciół, kochanków i znajomych. Lękliwie myły piersi i krocza. Bojaźliwie pieściły siebie nawzajem i okazywały publicznie to, co od wieków było przejawem wyuzdania i było surowo karane.
I czekały.
Piły i czekały.
Czekały na nich, swoich zbawców. Były dla nich, były ich własnością...

... A oni przybywali smutni i zmęczeni, osowiali i sflaczali.
Nie chcieli jeść ani żreć!
Nie chcieli pić ani chlać!
Nie chcieli się kochać ani się pieprzyć!
Nie chcieli nawet pierdzieć, srać, szczać czy rzygać!
Dlaczego?

Bo oni chcieli tylko móc walczyć, nieść śmierć, torturować, niszczyć, burzyć, mordować i robić sobie jaja ze wszystkiego i wszystkich. Dlatego dalej szli i jechali w ciężkich żelaznych zbrojach, z niemal zardzewiałymi mieczami w zarośniętych błoną dziewiczą pochwach. Coraz bardziej strudzeni, zawiedzeni, bez świńskich  kosmatych myśli, bez ikry na gatkach, stawali się ogromną szarą masą, która za chwilę zamrze w bezruchu z braku paliwa i stanie się wrakiem na wieki.
Dlatego nawet nikt nie zwrócił uwagi, że ostatnio nie widać już dyndających na drzewach duchownych. Dopiero, gdy ujrzeli przy drodze kapliczkę i klęczącego przy niej chłopca, stanęli jak wryci. Sam wódz - Baron de Samedi - zsiadł z konia, podszedł do małolata i spytał:
"Co tu robisz?".
"Modlę się do Boga" - odparł wyrostek.
"Ktoś ty?!?" - drżący z podniecenia głos odzyskał dźwięczność, mrok i hardość - "Co to za lud to mieszka?!? Co to za kraj?!?".
"Polska. My Polacy, Panie" - wyszeptał przerażony dzieciak.
Błysnęła stal w promieniach zachodzącego słońca. Ostrze przecięło dziecię na połowy, od stóp do głowy.
"To jest POLSKA!!!" - zawył wódz, a tysiące gardeł spotęgowało te słowa, niosąc daleko, daleko, daleko. Tysiące oczu rozbłysło krwawo, tysiące mieczy wzniosło swe ostrza, tysiące serc zabiło gwałtowniej, a tysiące kroczy zostało posmeranych wprawną rycerską ręką.
"To nasze przeznaczenie!" - z radością warknął Lucichrist - pierwszy po wodzu - i spiął konia.
Ruszyli na wschód.

/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - "Morbid Noizz" nr ?/1998r./