INFERIA
Parental Advisory
Superdisc



    Było cholernie zimno. Chyba już jaja mi odpadły, tak długo czekam na jakiegoś głupiego fiuta, który by mnie podwiózł.
Jakieś fatum czy co?
Najpierw zgredzi nie chcieli mnie puścić i pieprzyli coś o rodzinnym łikendzie z tym hipokrytycznym "syneczku", "dziecko moje", eee... porzygać się można. Potem ta gruba i tłusta baba, co wiozła mnie z Hellsinek, cały czas coś żarła i pierdziała, jak atomowy traktor. Musiałem się ewakuować. Teraz ten zasrany deszcz.
Zatrzymaj się, chamie!
O! To niesamowite, ktoś wreszcie mnie podwiezie. "Cześć, czy jedziecie...?"

Ocknąłem się w zupełnej ciemności.
Autobus rzęził, jak mordowane świnie.
Ej, mam zawiązane oczy! Ręce też!
Niezłe jaja!
Hałas i smród spalin wzmagał się. Dym nie był tak gęsty i gryzący, jak dizlowski, i pachniał drewnem, ziołami i spalonym włosiem. Szykują grill?
Nagle poczułem, że nie jestem tu sam. Ktoś zwymiotował na sąsiada, który wrzeszczał, że nie ma czym oddychać.
Ktoś inny miał zawał lub się tęgo onanizował swoim rurociągiem, bo sapał, jak mój stary, gdy po pijaku dobiera się w ubikacji do starej.
Nagle autobus stanął i przez otwarte drzwi wdarł się lodowaty chłód.
Wypychali nas, jak wędzone rybska, kopiąc po nogach, dupie i kroczu.
Wyrżnąłem głową w coś twardego, ktoś popchnął mnie na fotel.
Spiął klamrami nogi i ręce, aaaj! Szyję też.
Zerwał opaskę.

O w mordę! Co to za gówno?!
Siedziałem w obskurnej salce przyozdobionej jakimiś pentagramami, na metalowym fotelu, a przede mną obrotowa scena z jakimś dziwacznym stolcem z rurą. Obok mnie jeszcze czterech takich palantów, jak ja, którym zachciało się, kurwa, mocnych wrażeń podczas podróży autostopem.
Tyle, że oni wyglądali na przerażonych, zaś mnie chciało się lać ze śmiechu.
To musi być jakiś film.
O, jest i lala do wydymania!
Przeszła się koło nas, każdemu polizując ucho.
Potem weszła na scenę i zaczęła się rozbierać.
Robiła to gwałtownie, niszcząc ciuchy i raniąc ciało.
Ktoś gwizdnął.Wskazała go natychmiast palcem, a faceci w kitlach nachylili się nad nim.
Jeden z nich wbił mu strzykawkę w szyję tak, że ten zemdlał.
Kiedy się ocknął, siedział już na stolcu na scenie, a ona drażniła go owłosionym kapskiem, które rozchylała i nadziewała na jego znieruchomiałe kończyny.
Działo się coraz lepiej, skoro nawet ja poczułem twardnienie między nogami.
Szkoda, że ten biedak pośrodku nie chciał się w to bawić.
Jego mały, jak był mały, takim pozostał.
A ona robiła się coraz bardziej szalona.
Schwyciła go za szczękę, wyciągnęła jego język i sprawnym ruchem swych zębów odgryzła go.
On wreszcie się ruszył. Zawył, ona zresztą też.
On parskał krwią a ona mlaskała z rozkoszą, rozsmarowując cieknącą krew po wielgachnych cyckach, twarzy i brzuchu.
Przyniosła palnik i opalając mu twarz płomieniem przypaliła kikut niedoszłego być może wieszcza.
Zaczęła go pieścić i masować, ale on nawet przez chwilę nie myślał o seksie.
To ją wnerwiło.
Zaczęła krzyczeć, okładając go pięściami i kopiąc w krocze tak długo, aż zsikał się na parkiet. Tak jej zależało, żeby się podniecił i spuścił, jakby od tego zależało jej życie.
Widziałem, że chłopakom przestało się to podobać.
Zaczęłi przeklinać, ale ona tylko pokazała im, gdzie ma ich komplementy.
Wzięła do ręki zardzewiałą piłkę do metalu i zbliżyła się do chłopaka.
On najpierw zesztywniał, jak kisiel w majtkach, a potem starał się uwolnić z więzów.
Nic z tego. Złapała go za siura i zaczęła posuwać.
Rany, mówię wam, horror!
Facet gulgotał, charkał, smarkał, rzygał wszystkim, co mu jeszcze zostało.
W chwilę potem odpłynął, a ona z rykiem odwróciła się do nas i pokazała trofeum.
Następnie rzuciła je na deski i zadeptała, jak peta.
Potem założyła metalowe szpikulce na palce grzebalce i podeszła do niego od tyłu, tak byśmy dobrze widzieli.
Wbiła mu je przez uszy w mózg z taką siłą, że jego galaretowaty umysł wypchnął oczy, ukazując nam jego nowe, różowe, spojrzenie na świat.
To był koniec.

A wtedy ona upadła na kolana i zaczęła nas błagać o litość!!
Nas?!
Gówno nas obchodziło, dlaczego ta dziwka prosi o litość!
Gdybyśmy mogli, pożarlibyśmy ją żywcem.
Żebyśmy tylko mogli się ruszać!
Nie wiadomo skąd pojawili się znowu faceci w kitlach.
Władowali jej strzykawkę między żebra, aż słodko chrupnęło.
Padła, jak porażona prądem.
Tymczasem oni zepchnęli trupa i przywiązali ją do rury łańcuchem tak, by miała swobodę ruchów, czyli by mogła nam polizać, gdybyśmy chcieli.
Nagle poczułem, że zwolnił się zacisk prawego przedramienia.
Dłoń namacała na nodze fotela jakieś narzędzie.
Podniosłem je i ujrzałem najprawdziwszy kowalski młot.
Reszta zrobiła to samo i nasze spojrzenia zatrzymały się na postaci na środku sceny.
Wiedzieliśmy już, czego chcemy.
Trzeba było widzieć wyraz jej twarzy, gdy otworzyła oczy.
Dwa kolosy roztrzaskały jej stopy zanim pomyślałem, co jej zrobić.
Trzecie uderzenie musiało zmiażdżyć jej część kręgosłupa, bo padła na brzuch, ryjąc głową w kroczu mojego sąsiada. On zawahał się.
Ta chwila wystarczyła, by ta dziwka odgryzła mu ptaka.
Chwilę później już nie żyła.
Dwa potwornie precyzyjne ciosy spadły na jej tyłek, łamiąc z trzaskiem kości, a następne dwa zmiażdżyły czaszkę, paprając nas krwią i mózgiem panienki.
Dostałem szału, jednak krótki i szczypiący ból w barku wystarczył, bym ocknął się znowu obezwładniony i zlodowaciały.
Chciało mi się lać, więc ulżyłem sobie.
Mniejsza o portki, one i tak już nie nadają się do użytku.
Usłyszałem warkot i poczułem, jak ktoś wpycha mi coś do tyłka i jak jakaś potężna siła wysysa mnie z własnych jelit.
Kiedy pojemniki kolegów pełne brązowej treści zaczęły wypełniać się czerwienią, warkot ustał.
Poczułem ulgę. Nie na długo.
Ktoś rozwarł mi jakimś instrumentem gębę, a ogumowana dłoń zaczęła wpychać mi łyżką do gardła coś, bacznie obserwując moje reakcje.
Najpierw było coś czerwonego, miejscami zakrzepłego i ciągnącego się.
Potem popitka, gęsta żółtozielona i wreszcie coś sycącego, brązowego, jeszcze parującego ciepłem.
Na koniec coś jak kisiel z mąki ziemniaczanej, ale nie jestem pewien, bo przez katar - którego się nabawiłem - nie czułem nic. Natomiast cała reszta wzdrygała się, odmawiała przełknięcia, wrzeszczała, by w końcu gwałtownie zwymiotować na klinicznie czyste maseczki karmicieli.
Kiedy odeszli, poczułem się senny.
Jednak natrętne brzęczenie nie dało mi odpocząć.
Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem, jak moi sąsiedzi dostają konwulsji, dygoczą, a ich twarze wykrzywiają się w niesamowitych paroksyzmach bólu.
Smród palonych ciał uświadomił mi, że oni smażą się na krzesłach elektrycznych, ale ta świadomość tylko poprawiła mi humor. Patrzyłem, jak krwawią z oczu, uszu, nosa i ust.
Jak skwierczy ich naturalny tłuszcz, topiąc się gwałtownie pod skórą.
Jak z ich wnętrz wylewają się - przez dziury w fotelach - niczym nie powstrzymywane treści.
Kiedy zaczęli trzeszczeć, wrzeszczeć, piszczeć i sapać, ze zdziwieniem odkryłem, że to mnie podnieca.
A gdy ich penisy rozerwały spodnie, a wybałuszone i wysuszone oczy wyskakiwały z orbit - miałem orgazm!!
To było niesamowite!
Tu, w tym smrodzie spalenizny i odchodów!? I to kto, ja!?!
Pieprzę, to nie może dziać się naprawdę!

Gdy się ocknąłem, zobaczyłem, że w dole tańczą ludzie, jedzą ludzkie kawałki mięsa, dziewczyny figlują, jedni i drudzy trykają się na wyścigi.
Co chwilę patrzą na mnie i pokazują palcami.
Chciałem się ruszyć... Aaaa, w mordę, jak mnie wszystko boli.
Co jest?
Raaaany! Ja wiszę przybity do krzyża!!
No, ładnie. Matka chciała, bym został księdzem, a ja, proszę, zostałem bogiem!
To chyba nawet lepiej, nie?
Ale, ale... Po co znosicie to drewno?
Odwalcie się ode mnie!
Gdzie baranie pchasz się z tym ogniem!?!
Co robicie? Proszę, nie!
Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!
 

/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - Morbid Noizz nr 5/1998/