Historia tego napoju sięga zaledwie kilku lat świetnych i to tu znajduje
się jedyne sranktuarium w Ł-ropie, gdzie można zobaczyć, powąchać i skosztować
śniętych rzygowin pramaćki.
Właśnie teren obecnej Szewecji stał się miejscem wielkopomnego wypróżnienia
naszej rozStwórczyni, która - nierówne dziesięć lat temu - zatruła się,
spożywając czarnobylskiego grzyba.
Promieniejąc obficie, kurwmaćka po wielu miesiącach dotarła na północ,
gdzie straszliwie zaczęła srać, pokrywając smółkoliście kloaką całą półwysypkę
skandymawską, oraz wymiotować pod siebie i gdzie popadnie, zarzygowując
niejaką dziurę, zwaną Forshaga.
Kilkaset stolców później, a równe dziesięć lat temu, jak nijaki Peniks
z Popiołów, trzej zgniłcy wynurzyli się z chorej zawartości żołądka naszej
rozpiździcielki.
Wszyscy o odrażających fizjonomiach, parujących otworach oraz pokrytych
pleśnią ciałach, postanowili zrodzić nową tradycję.
Związani tajemnicą zapowiedzi i wzajemnych stosunków oralnych założyli
prorodzinną firmę o nazwie VOMITORY.
Po kilkunastu miesiącach stanu utajenia nie byli jednak jeszcze gotowi
razem ruszać na podbój zaświata, nieznośnie pachnącego świeżością warzyw
i owoców, dezodorantami, odświeżaczami powietrza i klimatyzacją.
Poszukując taniej rozrywki, pijąc na umór i rzygając obficie treścią
wytwarzaną w chorych mózgach, zdołali zarazić swoim bakcylem kolejne dwie
fujary.
W piątkę mogli wreszcie zacząć i firma VOMITORY stała się faktem.
Jej motto: "Nie rzucim pawia, skąd nasz smród!" już wkrótce znalazło
się na ich papierze toaletowym i w lokalnych gazetach.
Pierwsza demonsracja sił natury miała miejsce wiosną dziewięćdziesiątego
drugiego.
Uniwersalna pigułka pojawiła się na lokalnym rynku, zmieniając całkowicie
życie jego mieszańców.
Zmieniała bowiem wodę w rzygi.
Po prostu.
I nikt z tego powodu nie przezwał VOMITORY mesjaszem.
Najczęściej były to rzygi o smaku nieprzetrawionej wódki, napoju gazowanego
o smaku grejpfrutowym, wiejskiej niedowędzonej kiełbasy, papierosów z filtrem
i przeterminowanych orzeszków ziemnych.
Rzygi miały gęstą brunatną konsystencję i winny być podawane na ciepło.
Nie musiały posiadać terminu nieprzydatności do spożycia.
Ich wytwórcy rozesłali kilka bezpłatnych próbek po Ł-ropie.
Bardzo szybko otrzymali odpowiedź z małego laboratorium Witchhunt w
Szwajcarii.
Ze wspólnej koopulacji powstał nowy probdukt o nazwie "Moribund", adresowany
już nie tylko do zdegenerowanej części mieszańców tego zaświata, ale i
do bardziej wybrudnego klienta. "Moribund" był rzygowiną o wydłużonym czasie
działania (tzw. EP, czyli stopień powolnego rozkładu wymiocin w ustach)
oraz nowych smakach i kolorze.
Miał w sobie autentyczne drobiny ludzkiego gówna, suszone kręcone gile
z nosa i zachwycał krwistym kolorem krwi miesiącznej.
Niestety, mimo niezłej promocji probdukt nie zdobył sobie renomy.
Nawet - sporządzone naprędce - jedno spotkanie na żywo z konsumentami
nie dało niepożądanych wynsików.
Erik, Urban, Ulf, Jussi i Tobias zdecydowali się więc na kolejne zmiany
w probdukcie.
I tak wiosną dziewięćdziesiątego czwartego VOMITORY wypuściło demenstruacyjne
opakowanie "Through Sepulchral Shadows".
Skierowane było do wszystkich zgniłków bawiących się swoim i swoich
rówieśniaków przyrodzeniem, jak również do ciążownic.
Ten wysokiej toksyczności koszmatyk - w postaci wody toalewatowej -
stosowany w miejscach intymnych miał przywrócić genitaliom naturalny smród
i swąd.
W zetknięciu ze skórą rozkładał się gnijącym potem na śmierdzący serek,
cudownie wypełniający pachwiny, wargi sromowe i napletek pod skórką na
siurku.
Wkładany, w postaci tabletki, bezpośrednio do pochwy dawał szybki efekt
owrzodzenia, uczucie świądu i zagrzybienia.
Zaś smród, jaki się przy tym wydobywał, mógł powalić niejednego jebakę.
Efektem ubocznym mogło być oczywiście obfite krwawienie, prowadzące
np. do obumarcia , obsunięcia lub oderwania się przypadkowego płodu.
Dlatego szpecyfik szczególnie polecano zakonnicom, jak i przyszłym
matkom.
Następnego rozkroku stwórcy VOMITORY przyjechali na kilkudniowe srympozjum
do Polszczki, gdzie szukali źródeł smrodu z gęby i spod pachy, jak również
nowych smaków i zapachów rzygowin.
Zaś kilka miesiączek później hirkszpańska firma Repulse zalała tamtejszy
rynek nowym koszmarkiem żywnościowym, "Repulsive Assault", w którego skład
wchodził również i jeden produkt szeweckiego VOMITORY.
Nieoczekiwanie na początku dziewięćdziesiątego 6-ego rozkroku germański
Fadeless złożył ofertę na dwie skondonsowane kampaniki ruchlamowe szeweckich
prukduktów.
Pierwsza z nich dotyczyła pełnowymiarowej serii prukduktu "Raped In
Their Own Blood", którego testy na zniewolontariuszach rozpoczęto już w
kwietniu.
Natomiast do jego zmasowej kopurodukcji doszło w listopadzie.
Dziesięć wyrobów serii natychmiast wyróżniono znakiem qtas, głównie
ze względu na nietrwałość, wysoką cenę, przerażające skutki uboczne oraz
opakowania z materiałów promieniotwórczych.
Przeznaczone dla całej rodziny skutecznie zmniejszało i hamowało przyrost
naturalny, bogobojność, moralność, pracowitość oraz umiejętność czytania
z warg sromowych i pisania kupą na ścianach kibli.
Zwiększało natomiast pęd do seksu przedmałżeńskiego, organizacji balang,
pieprzenia głupot i walenia konia, przyspieszało wytrysk i wreszcie wzmagało
torsje.
A wszystko dzięki zestawowi "Raped In Their Own Blood", uniwersalnej
diecie, która stopniowo rozkładała ciało, wydzielając coraz więcej ropnych
upławów i gnilnych płynów, nadając wspaniałego sino-czarnego koloru ciału,
którego skóra stopniowo obumierała, odpadając kawałami i okropnie przy
tym śmierdząc.
Prukdukty VOMITORY zaczęły się sprzedawać w całej Ł-ropie.
Z tej też przyczyny rozkrok później trzy skandymawskie firmy o profilu
spożywczo-kosmetycznym - VOMITORY, DERANGED i SHADOWS OF SUNSET - zorganizowały
wspólne pokazy własnej roztwórczości podludziom.
Powodzenie, z jakim spotkały się odszczyty i demonsracje, spowodowało,
że piątka naszych smrodpachów zajęła się na serio przegotowywaniem kampaniki
drugiej serii prukduktów.
W laboratoriach Berno w Maelme, pod kaprawym okiem Henrika Larssona
(znanego z błędnych analiz próbek moczu dostarczonych przez firmy DERANGED,
DEFLESHED czy NON SERVIAM), stworzono seryjne działo o handlowej nazwie
"Redemption".
Osiem jego elementów nie dawało co prawda zbawienia, jednak odkrywało
przed jego ogłupiałymi pruklamą użytkownikami przepiękną krainę śmierci,
rozwierającą się gardzielą wyziewów ostatniej wieczerzy, bulgocząc i sycząc
kwasem żołądkowym naszej rozStwórczyni.
Wspaniały samoopuchniający krem przywoływał setki much, które bez chwili
zastanowienia porzucały dotychczasowe zabawy i konsumpcję na zwykłym gównie.
Napój degeneracyjny o smaku pooperacyjnych rzygów parzył przełyk i
gardło, pozbawiając mowy.
Maseczka do oczu - oparta na enzymach trawiennych krowy - wypalała
rzęsy i powodowała ropotok, który zastygając na policzkach służył za chrupki
na wypadek braku w pobliżu pokarmu białkowego.
Zupa z kupka, zawierająca oprócz rzygowin noworodka także i kawałki
jego samego, była nie lada przebojem.
Każde jej opakowanie zawierało bowiem gratis zdjęcie przedstawiające
wspomniany płód przed rozkawałkowaniem. Nowatorskie zatyczki do uszu (także
w postaci czopków do dupy) spreparowane z wysuszonych rzygowin z dodatkiem
miodu piszczelego dawały ulgę tym organom, powodując obfite wydostawanie
się z nich cuchnącej mazi, która służyła potem do nacierania całego ciała
i przywoływania partnerów.
Zaś chujsteczki do nosa nasączone zapachem krwi kobiecego łona udrażniały
kanały nosowe tak łatwo, że gołe baby same wyłaziły z dziur, a odpowiednio
skręcone, służyły za pociski drażniące, zaś nieco zwilgocone katarem były
doskonałą przystawką przed gównym posiłkiem.
A tym daniem był placek babuni.
Specjalnie wybrane twarde kawałki starej kupy, przyprawione zatęchłym
sosem z jej ostatniego rozwolnienia, drażniły podniebienie każdego konesera
gamą zapachów i oczopląsem kolorów.
Dodatkowo całe danie było przyprawione garścią surowych członów solitera.
Ostatnim elementem serii prukduktu "Redemption" był antyperspirant.
Używany raz na tydzień powodował, że pachy, pachwiny oraz palce u nóg
pokrywały się śmierdzącym zadrożdżonym grzybem, dającym formować się w
kulki, rozsmarowywać na palcach i pod nosem.
Jego fetorystyczne właściwości hujocynogenne wzmagały uczucie bezwstydu
i pobudzaly do walki z czystością i moralnością. Do zakupu dwóch
serii prukduktu firma VOMITORY dodawała bezpłatny kupon na sosnową trumnę.
Od momentu sprzedaży różowej serii w marcu tego rozkroku jego ofiarami
zostały setki podludzi.
Dodatkowo w kwietniu został nagrany prukgram ruchlamowy pt.: "Forever
In Gloom" dla potrzeb telewizji kiblowych, który jeszcze bardziej wydłużył
listę zmarłych.
A kiedy ty dołączysz do nich?
Nie przegap okazji, bo...
/wersety pochodzą z tomiku "Ryłkołak" - "Morbid Noizz" nr 3/1999r. /