...I przyszedł Pan i stworzył Entombed... I to był Jego błąd.
Nie ma introdukcji?
Nie! A po co?
Przecież lepiej bez żadnej zapowiedzi, z miejsca zabić wszystkich boskobrzmiącym
death metalem, w piekielnej oprawie i o diabelskiej mocy... i z głowy!
Pamiętam, że Lars - po ukazaniu się debiutanckiego "Left Hand Path"
- odgrażał się, że kolejna płyta będzie jeszcze szybsza i cięższa... i
dotrzymał słowa.
Ale szybsza to nie znaczy magicznie rozpędzona do granic recepcji naszych
zmysłów, nie.
Szybsza znaczy tu melodyjna, o dającym się rozpoznać rytmie, o dających
się wyłowić uchem przejściach i solówkach... to właśnie znaczy szybsza.
A co znaczy cięższa? To znaczy, że gdybyś słuchał tej płyty Entombed
na sprzęcie, którego skala głośności oscyluje w granicach 100 Wa(riat)ów,
to dźwięki dobiegające z kolumn wbiłyby cię w klepkę (a jeśłi masz PCV
lub sztuczną wykładzinę dywanową, tym gorzej...) po zęby.
Ale zanim zdążysz zniszczyć sąsiadom z dołu sufit, powiem jeszcze coś
niecoś o tekstach.
Zmieniły się trochę w stosunku do tych z "Left Hand Path".
To zasługa twórców: Dicka Hakanssona, Nicka i Alexa, których fascynacje
wizją nadchodzącej śmierci, różnorodnych sposobów jej zadawania ustąpiły
miejsca tekstom kontrowersyjnym, analizującym religie i Bogów ze względu
na stopień uzależnienia od nich człowieka, wpływ na jego postawę i działanie.
Wszystkie dają do myślenia bez względu na to, czy jesteś wierzącym
czy ateistą.
Do uzyskania pełnego obrazu wydawnictwa "Clandestine" brakuje jeszcze
opisu okładki płyty.
Zarówno ta pierwsza, jak i ta druga, swoją tajemniczością i skrytością
dorównują tym z "Left Hand Path", a nazwisko ich twórcy - Dana Seagravea
- mówi samo za siebie.
Jak więc mogliście się przekonać, płyta "Clandestine" szwedzkiego
kwintetu Entombed jest przede wszystkim przeznaczona dla słuchaczy o określonej
osobowości i co najmniej średnim stopniu inteligencji.
/powyższe wybroczyny nie zostały dopuszczone do druku w magazynie "Tylko
Rock" w 1992r./