AZARATH
"Demon Seed"
Pagan Records
2001
Recorded at: Hertz Studio
Artwork + design: Azarath + Jashackh

EARTHLY MORGUE / DOOMBRINGER / AWAITING ETERNITY OF FIRE /
HEAVENS LIGHT DEMISE / TAEDIUM VITAE / DESTROY YORSELF /
DEATHLIKE SILENCE / TRAITORS / MINDLOSS / NIGHTSKIES BURIAL GROUND

Bruno - throat and bulldozer; Inferno - infernal blasting; Bart - six string terror; D. - chainsaw






Naciągałem właśnie kolorowy balonik na swojego kutasa, ale on po raz kolejny z furkotem odbytu uleciał w kąt pod telewizor. Kurwa! I jak tu porzucić seks i nie oddać się prokreacji? Bachnąłem się na kolana i zacząłem wodzić ręką w poszukiwaniu balona. Namacałem coś o równie prowokacyjnym kształcie, jednak nie miałem chęci na loda.
Nagle ekran telewizora rozbłysł kolorowymi czarno-białymi kulami, które poczęły wirować wokół siebie. Z monofonicznego głośnika dobywać się zaczął swąd, pachnący ludzkim głosem, wołającym: "Tomaszu", "Tomaszu".
Czego, kurwa - odpowiedziałem z lekkim strachem w gaciach.
"Jam jest Azarath" - i na ekranie pojawiła się twarz wysmarowana pastą do zębów "Pollena-Lechia" oraz sadzą.
Ożesz w mordę - zakrzyknąłem z wrażenia i przejedzenia spożytą niedawno kaszanką, zwaną potocznie krwawą kiszką.
"Ty chuju jebany, więcej uległości i poddania, bo jak nie to ci skurwysynu splunę kwasem żołądkowym w oko, noooo" - już
nie tak dalikatnie odezwała się ekranowa maska. Zamknąłem więc czem prędzej oczy i pokazałem faka.
Kiedy je otworzyłem ekran był zimny, zaś u moich stóp leżała płyta nagrobowa z wydłubanym mottem "Demon Seed".
Ni chuja z tego nie rozumiałem, ale pomyśłałem sobie, że mogę, kurwa, spróbować odczytać przesłania zawarte w tym okręgu będącym wykończeniem srebrnego koła upstrzonego literami i cyframi, tworzącymi pismo dotąd mi nieznane.
Patrzyłem na nie z różnych stron, macałem delikatniej i mocniej, wypowiadałem fragmenty "Balladyny", "Pana Tadeusza",
"Bogurodzicy" licząc na wzajemność. Ni chuja... Żadnego dżina, żeby choć pifko...
Pomyślałem więc sobie, że możeby to coś włożyć do dziury w odtwarzaczu CD, który był jeszcze w moim posiadaniu.
Wcisnąłem przycisk, wysunęła się kratka.
Och, kurwa, ale przeżycie...
Wziąłem do ręki tzw. płytkę i położyłem na jej środku. Sarkofag zamknął się bezszelestnie.
No i wtedy wrócili rodzice.
Cholera, a tu rozpięte spodnie...
Napiszę dalej coś jutro... Dobrze?
/po kilkudziesięciu godzinach przesączania się moczu przez koci piasek/
Ufff, udało mi się uniknąć dawania wyjaśnień rodzicom, skąd ta mokra plama na kalesonach, choć matka lubieżnie przyglądała się jej, na odchodnym smerając się w krocze.
Kiedy obejrzeli już codzienne seriale, ojciec wychylił cztery browary a matka - ćwiartkę, obijając się o siebie walnęli się w znużone potem wyro. Ich nierównomierne chrapy dały mi znak.
Zapaliłem świeczkę i uruchomiłem odtwarzacz.
Przygniotły mnie trupie oddechy wstrzymując oddech i bicie serca. Potem nierzeczywiste zmazy i polucje zaczęły obłapywać mnie i podniecać atmosferą kadzidlanych rzygów oraz płynącej krwi z obrośniętych hemoroidami anusów. Z okrzykiem "Earthly morgue" jedna z mar rozpłaszczyła mnie na dywanie i zaczęła ciągnąć mnie za druta na tamtą stronę. Jestem
"Doombringer" zawrzeszczał i wepchnął mi palce w gardło. Poznałem go po tłustych zębach - to Bruno o wątpliwie wielkich genitaliach. Zgrzytając nimi z wściekłej rozpaczy krzesił iskry, w których jasności ujrzałem zniszczoną i okaleczoną maskę Inferno, która szeptała "Awaiting Eternity of Fire". Jego zimne łapska zaczęły miętosić mi piersi, zaś flegma z paszczy zaczęła zalewać mi oczy. Ktoś wrzasnął - "Heavens Light Demise" - i jasność znikła w koszu na śmieci. Potem obaj bez słowa zaczęli
otaczać mnie gorącością piekielną, opasując mnie własnymi prąciami, dygoczącymi z pożądania i nadmiaru spermy. Ich odbyty zaczynały furczeć wydzielając aksamitną woń stetryczałej koniny, zaś oczodoły przybrały barwę mroku w kroku. Kiedy wydawało się, że spuszczą na mnie ogrom trosk i skrywanych latami zaburzeń, wpadł z niezapiętym rozporem Bart zawistnie warcząć - "Kill Yorself"!!  Brzmiało to groźnie, nawet Bruno i Inferno spletli się w strachu własnymi włosami z nosa.
Bart przykląkł i wzniósł ostrze swojego spojrzenia w sufitowe niebiosa. Zapadła "Deathlike Silence". Potem spojrzał na swoich dwóch byłych psubraci. Ogniki wybiegały z oczu trafiając w bezbronne i dygoczące przerażeniem ciałka. Drążyły dziury w ich jestestwach, zadając niewymowne cierpienie i ból. "Traitors" wydawały się mówić bezzębne szczęki Barta. To naprawdę nie
był kolejny odcinek The Simpsons, naprawdę.
Tak klęcząć nade mną spaliłby ich na popiół, gdyby nie wtoczył się D. Jego pijane spojrzenie nie było w stanie pojąć, co tu się dzieje. Zatoczył się na mój regał z książkami do anatomii, odbił, jak przechodzień od pędzącej ciężarówki i upadł na Barta. "Mindloss" - ryknął wściekle, będący - po raz bodajże pierwszy w swym pożyciu - w pozycji poddańczej. Następnie chwycił
swojego napastnika za krocze, podniósł do góry tak, że żyrandol zadźwięczał, a następnie cisnął w leżącą pokotem dwójkę rozbitków. Stworzyli powykręcaną tatarowatą masę o konsystencji zaborcjowanego płodu w sosie własnym.
Teraz odwrócił się w moją stronę.
Usiadł mi na klatce piersiowej i wbił mi palce-grzebalce w uszy. Poczułem, że się otwieram. Naprężyłem się, mimowolnie
oddając mocz i kał w świeżo brudną piżamę. Bart rozluźnił swoje uda i wyłuskał czarnego, owłosionego do granic wyobrażenia korzenia. Schwycił go oburącz, jak konia, szepcząć niezrozumiałe słowa. "Nightskies... Burial... Ground" te słowa powtarzały się, jak zaklęte. Nabrzmiały czerwienią skórzany sękacz zaczął wchłaniać otaczającą nas rzeczywistość, jak gąbka wodę. Przestrzeń życiowa i kubatura oddechowa zaczęła się niesamowicie szybko kurczyć. A Bart pęczniał, jak kleszcz, gdy jego odwłok trafił nagle do moich ust. Poczułem mdłości, kiedy strumień gorącej posoki zaczął wlewać się we mnie powoli rozkładając moje ciało na odczynniki pierwszego kontaktu z wszechświatem. Topniałem w oczach, gdy On stawał się ogromnym potworem, z wytatułowanym na piersiach, obok wyznania "Kocham matkę", słowem "Azarath".
Zaświat zmniejszał się, jak balon, z którego uchodzi powietrze. On zaś giganciał, zajmował już połowę rzeczywistości.
Kiedy jednak wessał mnie do końca, razem z trzewiami mózgowymi, coś mu pierdolnęło w maszynerii.
Jebnęły transformatory mocy i przekazywania energii gwiezdnej. Zachwiał się w posadach. Ruszył z miejsca. Chwiejąc się dotarł do gwiezdnych wrót, za którymi widniała wielka czarna dziura. Stanął nad nią i zwolnił hamulce potężnych zwieraczy.
Był wreszcie u siebie i w swoim żywiole. Mógł zacząć zarażać wszechświat.
Bryznęło straszliwie. Kurwa mać, dawno czegoś tak zajebistego nie wyobrażałem sobie.
Eksplozja Zła rozpoczęła tworzenie nowej galaktyki.
"Demon Seed".

(27/29.01.2002)